środa, 29 maja 2013

Chapter one



- Kotku, chodź już do nas! - usłyszałam lekko zniecierpliwiony głos matki.
Mimo woli uśmiechnęłam się szeroko. Byłam szczęśliwa. Dlaczego? Sama nie wiem. Nagle przypomniałam sobie te wszystkie wydarzenia. Co tygodniowy wyjazd nad jezioro, a zimą na narty. Te bitwy na poduszki, które zawsze wygrywał tata. Nie wiem dlaczego akurat w tamtym momencie zachciało mi się wspominać. Taka chwila.

W końcu zeszłam na dół. Byłam ubrana w moją ulubioną pidżamę, którą dostałam rok temu od babci pod choinkę. Długie spodnie, na których widniały małe choineczki na czerwonym tle. Do tego luźna koszulka na ramiączkach, w tym samym kolorze co dół, z tą różnicą, że na środku widniał ogromny renifer z uśmiechem na pyszczku, który wskazywał kopytkiem na dekolt. Obok widniała chmurka z zielonym napisem "jeżeli teraz to czytasz, to znaczy, że wiesz, gdzie należy się patrzeć". Zaśmiałam się cicho, gdy przypomniałam sobie tamte święta.


Otworzyłam paczkę. Rozłożyłam koszulkę na stole. Tata jakby na zawołanie parsknął śmiechem, a na moich ustach zagościł ogromny uśmiech. Zastanawiało mnie tylko jedno: dlaczego mama mojej mamy wybrała akurat taki prezent? Przecież nigdy z nami nie żartowała, a gdy moi młodsi kuzyni zaczynali wspominać swoje łóżkowe przygody zawsze karała ich jej morderczym wzrokiem. Uwierzcie mi, wtedy KAŻDY zaczynał się bać.
- Tomek, nie podoba ci się? - smutna babcia zwróciła się do mojego taty.
W tamtym momencie nawet mama nie mogła się powstrzymać. Wszyscy, włącznie ze mną głośno się roześmialiśmy. Tylko zdezorientowana babcia stała tam przypatrując się każdemu z osobna, próbując zrozumieć co się dzieje. Gdy w końcu się opanowaliśmy, wujek Henry postanowił przyczytać napis na głos. Jakie było zdziwienie staruszki, gdy to usłyszała. Jej oczy były w tamtej chwili wielkości spodków, a usta otworzyły się nienaturalnie szeroko. W tamtym momencie jednogłośnie postanowiliśmy kupić babci Jadzi nowe okulary.


Gdy wróciłam myślami do teraźniejszości, przypomniałam sobie jak zareagowałam na wiadomość, że babcia miała zawał. Podczas rozmyślania na moim policzku pojawiła się łza, jakby z nikąd. Szybko otarłam ją ręką i zeszłam na dół, do salonu.
- Na dzisiaj koniec wspominania - mruknęłam sama do siebie. - No, siadajcie. Zaczynamy wieczór gier! - krzyknęłam zdecydowanie głośniej, śmiejąc się przy tym donośnie.





 Zerwałam się z łóżka, wywołując tym stanowczo za głośne skrzypnięcie starego łóżka. I wtedy wszystko sobie przypomniałam.




"Śmierć nie czyni cię smutnym - czyni cię pustym." - Jonathan Carroll, "Kości Księżyca"




Nie czułam nic. Już dawno zabrakło mi łez, dzięki którym mogłabym poczuć się chociaż trochę lepiej. Postanowiłam czekać. Nie wiem na co, może na śmierć, może na wybawienie. Na pewno chciałabym, żeby TO okazało się tylko snem. Takim, z którego przed chwilą się obudziłam. Koszmarem, który mogłby mi się śnić każdej nocy, ale który nigdy nie okazałby się prawdą. "KONIEC! Koniec użalania się nad sobą. Ogarnij się idiotko! Masz być twarda!" W mojej głosie odezwał się ten denerwujący głosik. Niestety, musiałam przyznać mu rację. Tak, od dzisiaj Elizabeth Marmouget będzie twarda. To już postanowione. Poczułam się lepiej. Spojrzałam na zegarek, okazało się, że już po piątej nad ranem. Uznałam, że z powodu tego snu już nie zasnę, więc podeszłam do okna i zaczęłam oglądać. Tak po prostu, oglądać otaczający mnie świat. Widziałam daleko przed sobą budowlę, która zdecydowanie górowała nad innymi.




Wieża Eiffla.




Od kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, gdy miałam cztery lata zachwycałam się jej wyglądem. Przeprowadziłam się wtedy z rodzicami z Avinion, małej* miejscowości na południu Francji tutaj, do Paryża. Dwa różne światy. Wtedy Wieża wydawała mi się taka duża, elegancka. Zresztą, nadal tak o niej myślę. Właśnie tamtego dnia mała Liz postanowiła, że po raz pierwszy wejdzie tam ze swoją miłością. Tak, mówię o płci przeciwnej. Wtedy nazywałam mojego przyszłego wybranka księciem na białym koniu, który będzie toważyszył mi do końca życia w moim ślicznym zamku. Dziś chyba wolę określenie chłopak. Tak, to zdecydowanie lepsze. Niestety, wyniknęło z tego wiele problemów. No, przynajmniej wtedy to był dla mnie istny koszmar, który teraz wywołuje na mojej twarzy ogromniasty uśmiech. Otóż pewnego dnia, gdy byłam na jednym z moich pierwszych zapoznawczyn spacerków po Paryżu z rodzicami, oni postanowili pojechać na górę. Tak, na wieżę Eiffla. W tatmej chwili jeszcze bardziej uparłam się, że tam nie wejdę z NIMI. No cóż, musiałam zostać na dole. Ja, mała Liz, na dużej ławeczce z moim ulubionym, słomkowym kapelusiku na głowie. No właśnie. A oto cały problem. Gdy siedziałam sobie na murku, nadle ni stąd, ni z owąd podbiegł do mnie chłopczyk. Na oko był w tym samym wieku co ja. I wtedy - o matko, nigdy tego nie zapomnę - z jego ust wydobyły się słowa, które wydrapały dziurę w moim i tak już zrytym, małym móżdżku. Nie będę ich w tej chwili powtarzać, bo musiałabym użyć duużo gwiazdek. Powiem jedynie tyle, że dotyczyły mojego skarba - kapelusika. I wtedy pochylił się i zerwał mi go z głowy. Już miał wracać, jednak ja nie dałam mu tak odejść, co to to nie. Nawet w wieku czterech lat umiałam pyskować i wyzywać. Jednak wtedy słowa były zbędnę, po prostu pociągnęłam go za rękę, zmuszając do odwrócenia się przodem do mnie. Wtedy, jakby w zwolnionym tępie moja ręka powędrowała w stronę jego policzka, wywołując głośnie plasknięcie. Oj, został duży ślad. Jakie było jego zdziwienie, gdy to zrobiłam, zresztą moje też. No, przynajmniej odzyskałam kapelusik. Jednak nie chodzi tylko o ubranie, ale także o coś znacznie powarzniejszego. O coś, co każdego ranka przez następne lata wywoływało uśmiech na mojej twarzy. O coś, co było najważniejsze na świecie. O coś, co zmieniło moje życie. O przyjaciela. O przyjaciela, którego teraz że mną nie było.

Mimo tego, że właśnie był wschód słońca, a muszę przyznać, że w Parużu to szczególnie piękna chwila, ja nadal wpatrywałam się w ten jeden punkt. Ahh.. W tamtej chwili zapragnęłam tam być, znowu podziwiać tą zadziwiającą budowlę, wypatrując z dołu ludzi, tam w górze, na szczycie.

Z obserwowania świata wyrwał mnie płacz dziecka. Znieruchomiałam przerażona, ale zaraz oprzytomniaam. Przypomniałam sobie gdzie jestem. Tutaj jest dużo dzieci, w każdym wieku. Pogotowie opiekuńcze. Nie wiedzieli co ze mną zrobić, więc dali mnie właśnie tutaj. To był mój trzeci spędzony dzień w tym miejscu. W sumie nie było tak źle, przynajmniej dostałam osobny pokój. Przekonywali mnie, że to dlatego, że akurat zwolniło się to miejsce, ale ja myślę, że dali mnie tam, bo domyślali się, że w nocy będę płakać, hałasować. Nie chcieli skazywać na bezsennośc inne osoby. No cóż, dobrze myśleli.

Odwróciłam się, a mój wzrok powędrował na lustro wiszące na drzwiach. Tak, nawet lustro tutaj miałam. Chociaż w tamtej chwili to chyba nie było mi na rękę. Wyglądałam okropnie: blond włosy, sięgające do łopatek, na codzień opadające na ramiona, ułożone falami, lub spięte w uroczego koka, teraz sterczały na wszystkie strony. Moja dość szczupła sylwetka, długie, zgrabne nogi wydawały mi się teraz jakby nie moje. Miałam wrażenie, że patrzę na inną osobę. Zawsze byłam zadowolona z mojego wyglądu, byłam świadoma pełnych porządania spojrzeń facetów. Chociaż oczywiście wiedziałam także, że mam kilka wad. Jedną z nich było brak wcięcia w talii. No, może jakieś tam miałam, ale na pewno nie takie, jakie bym chciała. I do tego pieprzyki. Tak, dobrze przeczytaliście. Miałam ich dużo, jak na mój gust za dużo. Odziedziczyłam tą cechę po tacie, zawsze sobie z tego żartowaliśmy, jednak ja kiedyś miałam z tego powodu dużo kompleksów. Teraz to zaakceptowałam, starałam się zwracać uwagę tylko na plusy mojego wyglądu. Nawet takie błache wspomnienie z jego udziałem wywołało ukłucie w sercu. Znowu poczułam, jaka jestem samotna.

Pukanie do drzwi. Co robić?! Otworzyć, może powiedzieć "proszę"? Spanikowałam jeszcze bardziej, słysząc moje imię. Ostatnio reagowałam bardzo nerwowo na spotkania z innymi. Kiedyś nie miałam takich problemów, byłam prawdziwą duszą towarzystwa.

Gdy zorientowałam się, że osoba za drzwiami nie zamierza odpuścić, dałam za wygraną. Zgarbiłam się jak najbardziej umiałam, zmuszając tym samym moje włosy do schowania mojej bladej twarzy, po czym uchyliłam lekko drzwi. Zauważyłam wysoką kobietę o ciemnych oczach i włosach. Miała ciepły wyraz twarzy. Moja nerwowość się gdzieś ulotniła, teraz została tylko ciekawość. Zaśmiałam się w myślach z mojej głupoty. "Liz, przecież chcą twojego dobra. Ogarnij się i bądź miła".

- W czym mogę pomóc? - zapytałam uprzejmie, chodź w głebi duszy chciałam powyrywać jej te pięknie włoski. Skąd u mnie tyle złości?

- Kotku, mam dla ciebie propozycję. Otóż masz brata, jak zapewne wiesz. - w tym momencie zachichotała cichutko jak rasowa niańka. Och, jak ja jej nienawidzę. - Zadzwoniliśmy do niego wczoraj i zgodził się przyjąć cię do swojego domu. Ma dobre warunki, więc zamieszkasz u niego. Kochanie, wyjeżdżasz za dwie godziny do Lodnynu!

Wtedy wszystko odleciało. Miałam wrażenie, że szczęka, która była szeroko otwarta zaraz dotknie ziemi, a gałki oczne wylecą jak piłki ping-pongowe. Brat. Londyn. Ja. Angielski. Nie wiedziałam co powonnam czuć: radość, zdziwienie? Tak, na pewno to drugie. Matt, mój brat wyjechał sześć lat temu do Los Angeles robić karierę. Pewnie przeprowadził się z tamtąd do Londynu. Nie widziałam go od tamtego czasu. Pamiętam, że po jego wyjeździe zapadłam w depresje. Nie dzwonił, nie pisał, choć obiecał. A ja głupia mu uwierzyłam.

- Umm.. Kotku, wszystko dobrze? Jakoś blado wyglądasz, może chcesz...

Kobieta paplała w najlepsze, ale ja widziałam tylko poruszający się obraz. Nie docierały do mnie jej słowa. Byłam wstrząśnięta. Nie, wstrząśnięta to mało powiedziane. Czułam się, jakby przejechał mnie czołg. Setki czołgów.

Nadal z otwartą buzią postanowiłam poobmyślać. Jedynie ta lafirynda mi przeszkadzała. " Od kiedy Liz przeszkadzają inni ludzie?!". Od dzisiaj. Nie zastanawiając się dłużej, założyłam na moją twarz maskę z kpiącym uśmiechem. Skierowałam wzrok na tą ciągle nawijającą coś babkę i trzasnęłam jej drzwiami przed nosem. Wiem, że nie powinnam, ale to był jedyny sposób na uciszenie jej. Usłyszałam jezcze jej przeciągłe piśnięcie zza drzwi, po czym odwróciłam się na pięcie i pognałam na łóżko. Wtedy potok słonych łez polał się z moich oczu jak wodospad, przy okazji mocząc całą poduszkę. Nie wiem dlaczego płakałam. Z powodu brata, czy rodziców? Może dlatego, że za kilka godzin miałam być w Londynie, a ja nawet nie znałam angielskiego? To nie miało znaczenia. Dałam się ponieść chwili. Miałam nadzieję, że moje życie z bratem u boku wróci do poprzedniego stylu. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo się myliłam.


* Avonion w rzeczywistości nie jest wcale takim małym miastem, to fikcja literacka.

5 komentarzy:

  1. wspaniałe *.*
    masz świetny styl pisania, nawet nie wiesz ile bym dała żeby choć trochę ci dorównać ^^ ciekawie piszesz i trzymasz w niepewności np. nie zdradziłaś tego co stało się z jej rodzicami :) na pewno częściej będę tu wpadać.
    czekam na kolejny rozdział i życzę weny kochana ; *

    zapraszam także do mnie :
    iwanttodieforonedirection.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej! :)
    Wpadałam na twojego bloga zupełnie przez przypadek;) To, że jestem chora 'zmusilo' mnie, a raczej zachęciło do przeczytania go:) Muszę przyznać, że masz ogromny potencjał. Piszesz wspaniale i bardzo ciekawie. Wszystko świetnie dograne, a historia wydaje się być genialna;)
    Podoba mi się jak robisz wszystkie opisy, oddajesz uczucia bohaterów- wychodzi Ci to przeczajebiście! :) Krótko mówiąc zakochałam się w tym blogu i nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału! :)
    Całuję xx
    P.s Chciałabym cię także zaprosić do mnie. Będe Ci bardzo wdzięczna jak wpadniesz i skomentujesz:)Obserwujemy? ^^
    http://hello-in-my-world.blogspot.com/
    ♥ ♥ ♥

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdą szczerą opinię.
Kukardka, xoxo